Sun
aeroDesign
szatan

Środa 14.3.2012

Poranna rozgrzewka brzucha. Ćwiczenia statyczne plus kółko. Czasy które wytrzymywałem w pozycjach wskazują na spore wzmocnienie mięśni głębokich korpusu mimo braku ćwiczeń specjalnie dla tych rejonów. Udawało mi się wytrzymywać 2-3 razy dłużej niż planowałem. Nie ćwiczyłem góry, bo nie chcę mieć tych partii zmęczonych przed wieczornym treningiem pływackim. Zdjęcie dnia: Szybki i uzbrojony

Wtorek 13.3.2012

45 minut biegania - 15 tlen, 15 miks do 4:30 min/km i 15min wysoki tlen. Wieczorem rower stacjonarny w RedFitness. Ciężki trening. Powtórka z zeszłego tygodnia - kadencja 110 do 120 na progu beztlenowym przez 30 minut obudowana rozgrzewką i spokojnym tempem na schłodzenie do godziny. Mimo otwartych okien wszyscy czerwoni jak buraki :)
Jak co tydzień - zapis treningu.

Poniedziałek 12.3.2012

Tylko bieganie. 1h. rozbieganie, a potem przyspieszenia 8 razy minuta pracy na minutę odpoczynku. Tempo pracy wyszło nam po 3:45 do 3:30 min/km. Tętno do 180 uderzeń na min. Całkiem przyjemny trening. Dojazd i powrót na rowerze.

Niedziela 11.3.2012

Wypad na latanie do Trzęsacza. Niewiele tego latania, ale było fajnie. Zamiast 1:15 rozjazdu na rowerze było trochę chodzenia z plecakiem po piachu i dużo zabawy z ground handlingiem.

Sobota 10.3.2012

Basen z Maciejem o 7:00 na Termach. 1,7 km głównie kraul z mocnymi przyspieszeniami, same sprinty i 400m w ciągu. Potem rower z Jarkiem i Jędrasem. Mocna godzina kręcenia i bieg 3x800m na 400 przerwy. Wyszło 2x800, bo nie zjadłem śniadania i nie czułem mocy.

Piątek 9.3.2012

Zaległy środowy basen na Termach. Długa rozgrzewka, potem wlot na 50m basen i 1900m w ciągu zrobione w 44:27. Limit w Suszu jest 70 minut na pływanie, więc jak nie będzie jakiegoś dramatycznego regresu, to wodę mam zaliczoną. Jeah!

Czwartek 8.3.2012

Bieganie po schodach z Arturem sprinty i inne podskoki. Godnina koordynacji i siły biegowej. Płonące uda itp.

Środa 7.3.2012

Rest day z powodu spotkania paralotniowego na AZS'ie

Wtorek 6.3.2012

Rower z Arturem. Pierwszy z cyklu treningów tempa. 30 minut kadencji 110 - 120 z filmem z wyścigu Paris - Robaix. Zgon jakich mało. Trening zaklasyfikowany jako highly improving.
Jak co tydzień - zapis treningu.

Poniedziałek 5.3.2012

Wyjątkowo tylko pływanie zrobione z Baśką i Adamem na Termach. 200 rozgrzewka, 20x25 technika kraul na przerwie do 30 sek. 10x50 25 kraul 25 dowolny przerwa 30 sek. 400m płetwy 25 nogi kraul, 25 nogi grzbiet i 50 pełny styl kraulem. Na koniec 100 luźno i suma 1,7 km

Niedziela 4.3.2012

Ostre oranie od rana. 6:30 1,5h basenu, 1h roweru przez Luboń pod Mosinę, na koniec 45 min biegania.

Sobota 3.3.2012

Trening rowerowy z grupą kolarską. 2,5h z czego 30 min biegania po przepięknych terenach okalających Jezioro Góreckie. Pogoda super - idzie wiosna!

Piątek 2.3.2012

Regeneracja

Czwartek 1.3.2012

Szybki trening w wodzie. 37 minut zajęło mi zrobienie 1,6 km w zadaniach kraulowych.

Środa 29.2.2012

1,5 godziny treningu na basenie. Pierwsze 45 min masakra z pływaniem między emerytami kręcącymi nosem, potem dalszy ciąg orki już na swoim.

Wtornik 28.2.2012

Pobudka o 7 i godzina biegania w deszczu. Format 10 min w tlenie, 40 w miksie i reszta w tlenie. Tempo rozbiegań to 6min/km z okładem. Miks wyszedł po 5:10. Spokojny trening cyclingowy międzyprogowy z Arturem. Wyszedł jako śreni improving. Jak co tydzień - zapis treningu.

Poniedzielnik 27.2.2012

Basen 6:30. Bolało. Kombinacje z kluczami zostawionymi w samochodzie sprawiły, że pływania miałem tylko 30 min. 200 rozgrzewki, 10x50 kraulem i niestety z 800m kraulem zostało tylko 300. Wieczorne bieganie będzie już przyjemnością. Nie było. W zamian zrobiliśmy porządny trening. Wreszcie. 1h15min biegu z czego 40 min stanowiły porządne przyspieszenia przy założeniu, że mocno biegniemy 30 sek, 1 min, 1,5 min i 2 min dopełnijąc za każdym razem odpoczynkiem do 5min. Potem powtórka i reszta rozbieganie.

Waskriesienia 26.2.2012

Wypad nad morze - trenowałem tylko ciśnięcie beli przez 4 godziny.

Subota 25.2.2012

Bieganie po asfalcie i betonie. 1,5 godziny, prysznic i pump z Oliwią. Jak zwykle skatowała nas na cacy. Mięśnie cworogłowe jeszcze nie odpoczęły, więc robiąc ćwiczenia na uda myślałem, że zemdleję. Wieczorem basen. Olałem trening, i skupiłem się na wyluzowaniu mięśni w wodzie i poprawieniu ewidentnych błędów technicznych.

Piatnica 24.2.2012

Odpoczynek. Niestety za kierownicą niewiele odpocząłem.

Ciećwierk 23.2.2012

Obóz sportowo-koncentracyjny Darłowo 2012 - dzień 5. Ostatni. Dzięki bogu!
Moje serce pompuje płynne zmęczenie, ale wszytko jest łatwiejsze, kiedy widzisz już linię mety. Ostatnie zmagania rozpoczęły się 36 km rowerem górskim. Zmieniałem opony na terenowe dobrą godzinę. Zaraz po tym jak nasze obolałe tyłki zsiadły z rowerów wystartowaliśmy na 45 min. szybszego biegu. Od razu po biegu wskoczyliśmy w gacie pływalniane i... dostałem wstrząsu anafilaktycznego. Chyba już ze zmęczenia. 3 min. z głową między kolanami pomogło i mogłem zacząć orać z chłopakami na basenie. Zrobiliśmy 2,3 km w godzinę, a największym wyzwaniem było wytrzymanie 6x200m kraulem z oddechem co 3, 4 i 5 ruchów. Żeby nie było za łatwo zrobiliśmy to zaraz po 4x25m sprintu w trupa kraulem. Jeszcze nie skończyłem sapać i jęczeć, a już musiałem wstrzymywać oddech. Z basenu wracaliśmy zadowoleni. Szczęśliwi, że preżyliśmy. Tak się rozluźniliśmy, że pół godziny wstawaliśmy na obiad. To już koniec. Jutro odpoczynek. Jupiiiii!!!

Środa 22.2.2012

Obóz sportowo-koncentracyjny Darłowo 2012 - dzień 5.
Bieganie, śniadanie itepe. Na rowerze dostaliśmy 44 km z dziewczynami w niskich przedziałach tlenowych. Wychodzi 2h. Śrenia 22 km/h. Na górce przed Kaninem wykręcamy 50 km/h. W życiu bym nie powiedział, że mój staruszek - rower górski takie coś wytrzyma. W bazie rzucamy rowery w kąt i przebieramy się do biegu. Dzisiaj nie wieje tak mocno, a plażę omijamy szerokim łukiem. Po powrocie szybki prysznic, banan 30 min restu i gwóźdź dnia - trening pływacki. Jędras daje nam popalić. W mniej niż półtorej godziny robimy 2,7 km, z czego połowa wychodząc po każdych 25m na brzeg basenu. Olek mówi, że przypomniała mu się wczorajsza siłownia. Po obiedzie na godzinę odcina mi prąd. Budzę się w ciuchach przewieszony przez łóżko. Na dzisiaj to koniec jazdy, ale trzeba jeszcze iść przygotować rower na jutro. Udaje się. Gość od prania robi nam numer i nie odbiera ciuchów. Buc.

Wtorek 21.2.2012

Obóz sportowo-koncentracyjny Darłowo 2012 - dzień 4.
Rozgrzewka 7:30, śniadanie XL, potem 5 obwodów na siłowni. Dla dobitki jedziemy siłę na rowerze, czyli 15 km z wiatrem z górki w peletonie, a potem to samo indywidualnie na czas pod górkę i z podmuchami zatrzymującymi w miejscu. Wszsytko na największym blacie w kadencji około 60 obrotów na minutę. Tnę się z instruktorem Jędrasem. Co chwila wyskakujemy przed drugiego, tylko po to, żeby dostać chłostę od wiatru i zobaczyć tego drugiego wyskakującego do przodu z szelmowskim uśmiechem. Pod koniec udaje mi się urwać Jędrka i już nie jest w stanie mnie dopaść, ale on jedzie na górskich oponach, a ja na szosowych, więc nie ma porównania. Całość zrobiona w 1h 20 min. Zjazd do boxu, szybki przepak w ciuchy do biegania i ruszamy przed siebie. Początkowy plan biegnięcia z wiatrem po plaży zostaje słusznie zmieniony na plan pod wiatr. Piach okazuje się bardzo kopny. Zapadając się, z zaciśniętymi zębami przebijamy się do przodu. Po 40 minutach takiego biegu mamy dosyć wszystkiego. Zawracamy. Gdy w końcu wpadamy z powrotem na asfalt staramy się biec szybciej, ale kiepsko idzie. Po 1h 40 min wracamy do bazy. Poczwórny obiad. Potem jeszcze nauka nawrotów i trochę techniki w basenie hotelowym. Na koniec dnia piwo w triatlonowym składzie.

Poniedziałek 20.2.2012

Obóz sportowo-koncentracyjny Darłowo 2012 - dzień 3.
Poranne mocne rozbieganie z techniką, Śniadanie, a potem 132 km na rowerze w wietrze deszczu chłodzie i fajnej ekipie. Przy drugiej pętli mam wypadek. Jadąc na zakładkę z dużą prędkością gubię środek ciężkości i nie mogąc go odzyskać, bo tylne koło Hani mi nie pozwala walę się na asfalt. Olek jadąc mi na kole nie ma szans na reakcję i wylatuje w powietrze przez mój rower. Jak kukiełka trąc bokiem po asfalcie dojeżdżam do krawężnika i wszystko się zatrzymuje. Podnoszę głowę i widzę, że Olek powoli wstaje. Na szczęście nic mu nie jest. Czas oszacować swoje straty. Dziura w spodniach na kolanie zapowiada krwawą jatkę. Na szczęście nie jest tak źle. Mój pierwszy szlif rowerowy jest wielkości 5-złotówki. Przykładam chustkę i jedziemy resztę dystansu. 6 h w siodle. Zło.
Wieczorem jeszcze sauna na obolały kark i spać.
Mała dziura w kolanie

Niedziela 19.2.2012

Obóz sportowo-koncentracyjny Darłowo 2012 - dzień 2.
Rozgrzewka na sali, śniadanie, 60 km treningu na rowerze. Zimno jak diabli. Obiad i znów basen. Tym razem jeszcze więcej delfina. Zło. Po basenie wyglądamy z Olkiem jak zombi. Dla rozprostowania kości idziemy grać w kręgle. Zgon.

Sobota 18.2.2012

Obóz sportowo-koncentracyjny Darłowo 2012 - dzień 1.
Obóz w Toskani. Tylko, że nad polskim morzem :) Rozruch, śniadanie, Trochę zabawy ze sprzętem a potem 62 km roweru. Obiad, i 2,6 km na basenie. Po całym dniu czułem się jak ściera. Jedno piwo i spać.

Piątek 17.2.2012

Bieganie za ostatnimi rzeczami na wyjazd i jazda nad morze. Na końcówce tak ślisko, że redukując bieg słyszałem ścieranie opony na lodzie.

Czwartek 16.2.2012

Same piłki wieczorem. Problem polegał na tym, że Jarek stwierdził, że robimy obwody zamiast piłek, no i się zaczęło. 45 sek na 15 odpoczynku. Pompki na podeście, prysiady na poduszkach, rotatory ramion z hantlami, wskakiwanie na step, predramiona, wyskoki z tależem do sztangi, grzbiet, bieg w miejscu, brzuch i stanie na piłce. Wszystko razy 3.

Środa 15.2.2012

Niby basen, ale postanowiłem wpaść do Artura na trening przetestować nowe buty przed wyjazdem i zobaczyć, czy mnie nie obcierają. Byłem przekonany, że idę na 45 minut lekkiego bujania się na rowerach stacjonarnych. Ogólnie zajęcia dla emerytów i dziewczyn przychodzących na siłownię, żeby się pokazać. Wszedłem na salę i nic nie podejrzewając zacząłem zmieniać pedały na spedy. Już wtedy skład powinien dać mi do myślenia. Na sali siedzieli bowiem sami wymiatacze z maratonu dla młodego. Rozgrzewka norma. Potem miały być podjazdy z długim odcinkiem na stojąco. Nie usłyszałem tylko ile, ale przecież to tylko 45 minut, więc pewnie 2 do 3. Podjazd na siedząco. Dość mocno, ale jest ok. Czekam na jazdę w stójce, bo to lubię. No i się doczekałem. 4 minuty, ale co tu jest grane - kadencja nie spada! Moje plecy są ugotowane po tym odcinku. Poza tym jeszcze czuję się dobrze. 2 podjazd. Jest ciężko. 3 podjazd. Jest źle. Za mocno ściągnąłem paski w prawym bucie. Nie czuję już połowy stopy, plecy prawie mi już urwało. 4 podjazd. Modlę się, żeby to był ostatni. Nie jest, bo mija 45 minut, czyli to długi trening!!! 5 podjazd. Modlę się, żeby dojechać. Ledwo się udaje. Dobra jest trochę odpoczynku na średnim pulsie. Teraz 2 sprinty. Pierwszy kadencja 110 na minutę. 6 długich minut. Pot spływa po nadgarstkach. Odpoczynek w ruchu i finalny 6 min w kadencji dowolnej z mocnym dokręceniem. Wychodzi kadencja 120 w trupa. Czuję że mój mózg chce eksplodować pod czaszką. Od wysiłku boli mnie głowa. Cisnę ile pary w nogach i śmieję się z bakterii mojego przeziębienia, które właśnie się gotują na twardo. Udało się. Koniec. To był najmocjiejszy trening w moim życiu. Nieświadomie trafiłem na profil dla kosmitów. Nie ma to jak pojechać 2 dni z rzędu mega mocny trening ;/
Z roweru prosto na basen. Niestety tylko 45 minut, ale i tak bolało.

Wtorek 14.2.2012

Trening z Kozalem. Jak zwykle łatwo nie było. Profil podobny jak tydzień temu, tylko jechaliśmy trochę na stojąco. Otwarte okno za moimi plecami raczej nie sprawi, że szybciej wyzdrowieję.
Jak co tydzień - zapis treningu.

Poniedziałek 13.2.2012

Bieganie o północy po zamarzniętym jeziorze. Bez światła. Bałem się, że jak załamie się lód, to do roztopów nikt mnie nie znajdzie. Uspokoiłem się po tym jak nalazłem przerębel. Przebiłem pięścią centymetrową warstwę lodu, podwinąłem rękaw za łokieć i wkładając rękę najgłębiej jak mogłem nie byłem w stanie dotknąć lodu od spodu. To mnie przekonało. Bieganie 1,5km w idelanie prostej linii po ciemku, po płaskim jak stół poziomym podłożu jest dość ciekawym przeżyciem. 5 cm śniegu leżącego na lodzie, który zrywał się przy mocniejszym grzebnięciu spowodowało, że mocno czułem mięśnie stabilizujące i mocno pracowały mięśnie pośladkowe. Razem 9 km dziwnego biegu. Samopoczucie fatalne, ale musiałem biegać, bo coś mnie brało.

Niedziela 12.2.2012

1,5h na biegówkach na jeziorze z Radziem. 27cm lodu pod nogami. Słoneczko, relaks, gleby przy nauce techniki łyżwowej.

Sobota 11.2.2012

Bieg 3 jezior w Trzemesznie. 15 km. -15 stopni. Ponad 500 uczestników. Team 19 miejsce. Ja 101 w kategorii z wynikiem 1:12:58. 11,5 km po 5:05 min/km z Popielem. Potem 3 km po 4:19 min/km i wreszcie finisz 3:45 do 3:25 min/km

Piątek 10.2.2012

Rest. Czekanie na rower. Nie przyszedł. Tyle zmarnowanego czasu.

Czwartek 9.2.2012

Same piłki. Całkiem solidny trening. Taczka na dużej dmuchanej piłce prawie złamała mi plecy. Potem dostaliśmy za bardzo nadmuchaną fasolę, na której można było się było zabić.

Środa 8.2.2012

Przyjemna partyjka skłosza z Radkiem. Dostałem 7:1 w setach, popełniając wszystkie możliwe błędy jakie znam. Samopoczucie dobre, ale sauna mnie trochę osłabiła. Niestety udało się przepracować tylko pół czasu, który zwykle spędzamy na pływalni w środę. Resztę pochłonęły dywagacje na temat wyjazdu na zgrupowanie.

Wtorek 7.2.2012

Epicki trening. 15 minut rozgrzewki, a potem 40 minut podjazdu tuż pod progiem. Wszystko na siedząco. Podłoga zalana potem kierownictwo klubu wezwało straż pożarną, żeby go odpompować ;)
zapis treningu.

Poniedziałek 6.2.2012

Poranny basen. Rozpływanie, potem płetwy na długim dystansie. Pełen styl i krótkie rozpływanie na luzie.

Niedziela 5.2.2012

Czas do testów progów mleczanowych o 14:15 upłynął mi na korepetycjach z programowania w VB.Net. 3 bite godziny omawiania podstaw i myślałem już tylko o śmiganiu na bieżni. Test poszedł dobrze. Nowe progi są bardziej realne. do 155 BPM mam przemiany czysto tlenowe, a do 172 BPM mam miks tlenu i beztlenu. Pomiar tym razem był na bieżni. Dodatkowo byłem kłuty jakieś 8 razy zamiast poprzednich 3. Po testach czekało mnie jeszcze 1,5 h pływania i tyleż biegania. Trening pływacki był ciekawy. 300 rozpływania, potem 2x600 w płetwach mieszane (nogi delfin, grzbiet, kraul, grzbiet, dokładanka), potem 2x400 z pieluchą, następnie 8x25 mocno na wyciągnięciu i 100 rozpływania bez kraula. Trochę dorzuciłem od siebie i wyszło jakieś 2750m. Było zimno, ale zabrałem ciuchy do biegania. Miałem zrobić ten trening z Baśką, ale wymiękła jak zobaczyła temperaturę. Biegałem w korycie Warty. Rzeka zamarzła całkowicie i był nieprzyjemny wiatr. Na końcu mięśnie nie pracowały, tak jak powinny, a rzęsy sklejały się od lodu. Nic dziwnego, bo było -18 st.
Trening przy -18 stopniach

Sobota 4.2.2012

Drugie święto pasibrzucha. Z braku treningu zrobiłem 2 serie po 30 pompek. Zakwas?

Piątek 3.2.2012

Pierwsze święto pasibrzucha. Nie ma żadnych granic. Przez najbliższe miesiące spalę każdą ilość sadła. Trzeba celebrować chwile kiedy nie wolno Ci trenować. Nie zapowiada się, żeby do lipca było ich wiele.

Czwartek 2.2.2012

Spokojne 45 minut roweru w niskim miksie, a potem jedne z najcięższych zajęć na piłkach. Przechodzenie po drewnianych cegłach ustawionych na sztorc całej długości sali ćwiczeniowej daje w kość. Potem dla ułatwienia dodaliśmy kozłowanie piłkami koszykowymi. Aż dziw, że nikt nie połamał sobie nóg w kostkach. Stanie na piłkach przy zgaszonym świetle okazało się niewykonalne. Od głowy dostajesz informacje, że wszystko jest ok, a nogami czujesz, że jesteś już daleko poza środkiem ciężkości. Największym złem okazało się jednak ćwiczenie mięśni głębokich. Podpora do pompek, tylko że dłonie nie spoczywają na ziemi, a na cegiełkach ustawionych jak zawsze na sztorc. Obydwie stopy ledwo mieszczą się na kolejnej. Pełne skupienie, żeby się nie połamać i w tym momencie Jarek z uśmiechem na ustach mówi, że podnosimy prawą rękę i lewą nogę. Wrzeszczę z bólu, żeby wytrzymać w tej pozycji 5 sekund.

Środa 1.2.2012

Tylko pływalnia 1,5 godziny orki. Nie byłem w poniedziałek na basenie i już czuję, że rozregulował mi się styl. Kraul jeszcze jakoś dało się opanować, ale z grzbietem było okrutnie słabo. Trzeba by przycisnąć, ale dopiero po badaniach.

Wtorek 31.1.2012

Trening odwołany z powodu wizyty niemieckiej delegacji. Jedzenie dobre, piwo znośne. Powrotny spacer 4km przy -15 stopniach w ramach pokuty :)

Poniedziałek 30.1.2012

Musiałem trochę odpocząć od chloru. Tydzień ma być dość wypoczynkowy, bo w sobotę mamy badania wydolnościowe. Mam nadzieje, że tym razem będzie też wydolność tlenowa. Basen przegrał zatem rywalizację ze snem. Wieczorem spotkanie kółka gospodyń wiejskich nad Maltą. Ciemno jak w życi -10 st. C i wiało tak bardzo, że nawet moje 4 warstwy nie pomagały. Pierwszy raz przydałyby się jakieś rajtuzy z wind shieldem, albo druga warstwa na odnóża kroczne. Po 3 kilometrach było już dobrze. Dobrze poza twarzą, która zamarzała do tego stopnia, że moja mowa traciła wszystkie zgłoski wymagające zmiany mimiki. To ja już wolę -17 ale bez wiatru.

Niedziela 29.1.2012

Pobudka na poranny basen bolała bardziej niż zwykle. Udało się nie spóźnić i orka się zaczęła. Kilka minut rozpływania, potem nogi, technika rąk, pływanie z pieluchą, potem 10x50m mocno z pracą z uwagą na technikę i krótkimi przerwami. Potem płetwy i 500m z nawrotami koziołkowymi na pełnym wyciągnięciu i dla utrwalenia techniki. Jakiś odpoczynek zmiennym i 250 rozpływania. Poprzedniego dnia po maratonie nie zjadłem kolacji, a rano przed basenem olałem śniadanie, więc ledwo się przeczołgałem do szatni. Bieganie odpuściłem. Zmęczenie daje się we znaki.

Sobota 28.1.2012

Sporo odpoczywania, ale wieczorem po powrocie ze strzelnicy postanowiliśmy z Abdulem, że trzeba się trochę poruszać i wyciągnąłem go na 3 godzinny maraton dobroczynny na 100 rowerów. Dupsko bolało, a końcówka była absolutnie zabójcza - 30 min podjazdu z rosnącym obciążeniem i finisz w trupa z hamulcem wwierconym w koło zamachowe. Puls maksymalny 211 BPM!!! Kosmos. Na leczenie młodego udało się zebrać 25 000 PLN.

Piątek 27.1.2012

Nie mogłem spać. Obudziłem się o 5 i czekałem na budzik. Pierwsze 200m bolało. Ręce, barki, klatka. Rozpływałem się dopiero jakieś pół kilometra później. 1400m. Do domu wróciłem zasapany. Pierwszy raz nie mogłem zmusić się do wyjścia na bieganie. To był zły dzień. Sam trening poszedł mocno - wykręciłem 4:49 min/km. Szedłem planowo po 5:10, ale na ostatnich 3 kilometrach poczułem, że muszę przyśpieszyć. Nie wiem nawet ile leciałem. Na zegarek spojrzałem tylko raz. Mignęło mi 4:19. To był najgorszy dzień do tej pory. Wieczorem prawie wybiegłem z pracy. Czułem, że nie mogę tam zostać ani chwili dłużej. Może przegiąłem z treningiem, a może to coś innego. Jutro chyba zrobię odpoczynek.

Czwartek 26.1.2012

Rano własne ćwiczenia siłowe do kraula plus trochę obciążeń. Zawsze potem odcina mi prąd. Wieczorem cycling z Jarkiem. Nie miałem pulsometru, więc pojechałem bardzo mocno. Czułem, że traktuję rower po macoszemu więc muszę z siebie dać więcej. W 45 minut zmoczyłem kafelki. Prawie się potem zabiłem rozciągając łydki. Następne były piłki. Byłem tak zmęczony, że nie mogłem utrzymać się na piłce na kolanach. Na koniec krzesło pod ścianą 3 razy po minucie. Piekielna dobitka.

Środa 25.1.2012

6x800 m po 4:05 min/km w przerwach na 550 m, plus 2 km rozgrzewki. Nawierzchnia nie rozpieszczała. Na wirażach śnieg z butów przeistoczył się w lód i przyczepność była wątpliwej jakości. Można wręcz powiedzieć, że momentami rozpaczliwie machałem wszystkimi kończynami w poszukiwaniu odrobiny stabilności i mocy odbicia potrzebnej do utrzymania tempa.

Wtorek 24.1.2012

Godzina piętnaście treningu z Arturem. Właśnie zaczęliśmy wchodzić w siłę. Z tygodnia na tydzień będziemy jeździć na coraz większych obciążeniach przy coraz mniejszej kadencji. Nie martwi mnie to zbytnio. Właściwie, to na to czekałem, bo moje uda są jednym z najbardziej zaniedbanych zespołów mięśniowych. Przyda się też do biegania na wyższych prędkościach. Jak co tydzień: zapis treningu.

Poniedziałek 23.1.2012

6:00. Z głośnika telefonu sączy się nastrojowe The Prodigy - Invaders Must Die. "Och jakże pięknie zaczyna się ten dzień" pomyślałem. Chwilę później wybiegłem roześmiany z domu. Wsiadając do mojego rydwanu ciągniętego przez 120 koni myślałem już jeno o zatopieniu mego ciała w cudownej Eau de chlor. Z letargu wyrwał mnie gorący prysznic na Olimpii. Jesteś spóźniony. 200 rozpływania, kilka 50-tek, potem 2x250m nogi w płetwach i spokojny kraul w płetwach na rozpływanie wszystkiego razem mniej niż kilometr.
Wieczorem biegaliśmy dużą paką po Malcie. Adam jak zwykle nadawał ton konwersacji, żeby nie schodziła w stronę treningowych prawd objawionych. Pierwszy raz biegaliśmy rytmy. Dochodziliśmy do max 4:40 min/km, czyli szału nie było bo każde przyspieszenie trwało 20 sekund.

Niedziela 22.1.2012

Udało się dojechać w końcu na basen. Termy maltańskie, to ostatnio moja ulubiona miejscówka do treningów.
Ten dzień musiał kiedyś nadejść, ale nie spodziewałem się, że to nastąpi tak szybko. Miałem nadzieję, że będę w stanie zrobić to do końca maja, a tu taka niespodzianka. Jest koniec stycznia, a udało mi się pokonać 1900m. Kraulem. Bez zatrzymywania się. bez płetw. bez pianki. Bez pieluchy. Niestety także bez stylu, ale się udało. Dobremu pływakowi może się to wydawać banalnym dystansem, ale dla mnie to jest wielkie osiągnięcie, bo udało mi się prepłynąć dystans połówki ironmana i to cholernym kraulem. Po dystansie zrobiłem przerwę na plecach i żabą, potem jeszcze trochę nóg w płetwach i techniki na wyciągnięciu. Razem około 2,5km. To był dobry dzień.

Sobota 21.1.2012

Miał być trening, a było wszystko tylko nie trening. Po telepaniu się o północy do leszna i rozmowach z Diabłem do 3 w nocy nie dało się wstać o 7 na basen w Lesznie. Jak już się wygrzebaliśmy, to przyjechała cała banda na zawody i już wiedziałem, że poza bieganiem slalomu z mokrą paralotnią nad głową jedynym treningiem będzie noszenie skrzynki piwa :) Są jednak czasem takie okazje w życiu, które zmuszają człowieka do zrobienia drugiego dnia przerwy w treningu w tygoniu. 30 urodziny to jedna z nich.

Piątek 20.1.2012

Pływalnia. Żabka has gone. Postanowiłem przestać katować kolana (i tak nieźle im się dostaje w biegu i na rowerze) i pierwszy raz zrobiłem rozpływanie kraulem. Dla odmiany całkiem przyjemny trening. 200 rozpływania 25-metrowymi odcinkami parę 50m potem 100m, 200m i 300m. Na koniec dobitka z płetwami. Luźno ale z uwagą na technikę. Razem około 1200m. Bieganie jak zwykle na "wodnej zdzirce". Tym razem 8km po 5:10min/km, ale zrobione po 5:04min/km, bo ciężko było trafić z tempem. Nie chodzi o podbiegi, tylko o to, że momentami odnosiłem wrażenie, że jestem uczestnikiem programu "Zwykli Ludzie Tańczą Na Lodzie, Tylko Że w Butach Biegowych" w skrócie ZLTNLTŻBB.

Czwartek 19.1.2012

Fasolki. Tak, tak. Już nie same piłki. Dużo równowagi połączonej z siłowymi powtórzeniami. Trening całkiem ciekawy i przyjemny. Fasolka to taka piłka o kształcie walca z zaokrąglonymi końcówkami. Ruchów na boki niemal nie trzeba kontrolować, za to na osi przód tył każdy ruch pociąga ze sobą natychmiastową reakcję. Stanie na niej i kozłowanie dwóch piłek koszykowych wymaga skupienia i stalowych mięśni albo gumowej potylicy ;)

Środa 18.1.2012

Bieganie od rana. 4x1200m po 4:10. Poszło dobrze. Mocno, ale bez zbędnych nadwymiarowych obciążeń. Co ciekawe razem z rozgrzewką wyszło prawie 12km. Wieczorem dostaliśmy rozpiskę nowych planów treningowych. Dojdzie trochę biegania i jeden rower stacjonarny z Jarkiem. Minimum 8h treningu - w tygodniu przed wyjazdem do Toskanii. Maksymalne obciążenie to 14h. Muszę szybko znaleźć sobie rower szosowy.
Wieczorem 1,5h treningu pływackiego. Robiliśmy dużo siły z techniką pociągnięcia ręki. Sporo pływania na dużych obrotach. Dodatkowo pierwsze 45 min w takim tłumie, że nie dało się realizować całych zadań. Nie podobał mi się ten trening. Głównie dlatego, bo czułem, że straciłem tę lekkość i ekonomikę pływania z niedzieli. Jędrzej był zadowolony i mówił, że dobrze "oraliśmy" wodę. Niestety mi to nie podchodzi - za dużo mam jeszcze błędów w stylu, żeby skupiać się na sile.

Wtorek 17.1.2012

Rower z Arturem. Podjazdy coraz dłuższe. Kończyły się na stojąco, ale na niskiej kadencji. Dla mnie to takie bieganie z plecakiem - mogę tak długo. Najbardziej męczące okazało się wstawanie w tempie. Na lewą nogę (słabszą i mniej sprawną ruchowo) 6 ruchów w górze i 2 na siedząco. Mimo usilnych starań nie udało mi się pojechać go w taki sposób, żeby był określony jako highly improving. Tutaj jak zwykle zapis treningu.

Poniedziałek 16.1.2012

Luz przez duże Ly.

Niedziela 15.1.2012

Rower po pępkowym u Balona. 4h snu a potem 3h miazgi po lesie z kolarzami, po śniegu, błocie, piachu i lodzie. Jedna gleba przez kierownicę przy przeskakiwaniu powalonego drzewa. Parę przymiarek do wprasowania się w drzewo na zakręcie przy stromym zjeździe. Pół okrążenia na laczku, bo wentyl postanowił się przestać domykać (jedno solidne przywalenie z pompki "polska metoda naprawcza" i po kłopocie). Tempo jak dla mnie kosmiczne. Mocny trening.
Wieczorem basen z Majasem, bo na bieganie nie miałem już siły. Prawie 2h pływania. 200 rozgrzewki ze dwie 50 kraulem, a potem 4x100 z długimi przerwami na gadanie. W końcu strzeliliśmy 200m, a chwilę potem dołożyliśmy jeszcze 100. Po krótkiej przerwie serwisowej zaproponowałem 300. Młodego bolały ramiona więc wbił się w płetwy i ruszyliśmy. Płynęło mi się tak dobrze, że po 300 stwierdziłem, że dodam jeszczę setkę, a potem dorzuciłem kolejną. To mały krok dla ludzkości, ale wielki dla mnie. Po raz pierwszy przepłynąłem pół kilometra kraulem bez przerw. Cieszyłem się tym bardziej, bo czułem, że mogłem płynąć dalej. Jest jeszcze strasznie dużo do zrobienia, ale to 500m jest dowodem opanowania podstaw ekonomiki pływania kraulem.

Sobota 14.1.2012

Wstałem. To już coś. Dojechałem i nawet się nie spóźniłem - to już całkiem dobrze. Na biegu nie skręciłem sobie kostki - wspaniale. Tempo jak zwykle plażowe, co bardzo mi odpowiada, bo akcenty aplikuję sobie sam w odpowiedniej ilości i jakości. Teraz pozostało już "tylko" przetrwać igraszki ze sztangą. Na szczęście nasz uroczy terminator postanowił tym razem zostawić w spokoju nasze mięśnie pośladkowe. Dostało się za to udom. Przy barkach i plecach miałem już niewielką ochotę zemdleć, ale jednak się nie zdecydowałem. Godzinę po treningu siłowym jak zwykle wyłącza mi prąd. Dobranoc.

Piątek 13.1.2012

Rest day.
Tyle, że rest day zaczyna się od 9, więc do 8:50 można spędzić czas na basenie i bieganiu. W wodzie 1350m. 200 rozpływania klasykiem, 4x100 kraulem, 8x50 kraulem na luzie z nawrotami koziołkowymi i reszta klaunem w płetwach bez przerw. Szybki przepak i na bieganie. Zabawne jak powoli rozkręca się mechanizm po pływaniu. Biegnę 2k rozgrzewki sapiąc jak lokomotywa i kwicząc z wysiłku - zerknięcie na zegarek, a tam ledwo 5:40 min/km. Takie momenty rozbrajają. Do końca rozgrzewki udało mi się zmniejszyć sapanie jednocześnie mozolnie dochodząc do 5:05 min/km. Teraz czekało mnie 5k po 4:55 min/km. Ciężko było trzymać mocne tempo. Na podbiegach zatykałem się do 176 BPM ale udawało się nie zwalniać. Na ostatnich 2 kilometrach nadal nie było luźno, ale czułem, że mógłbym trzymać 4:30 min/km bez wypluwania płuc. Na deser widok wstającego słońca przepalającego się przez trzciny na tle czarnych chmur.

Czwartek 12.1.2012

Piłki. Skakanie z jednej na drugą i jeszcze bardziej karkołomna figura - wskakiwanie na piłkę, którą się ma za plecami, ale nie do tyłu, tylko z obrotem. Blanik byłby z nas dumny.

Środa 11.1.2012

Dzisiejszy trening skończył się koło pierwszej w nocy, ale od początku. Przestawiłem sobie tryb dnia i nocy i jakoś nie mogę się dobudzić. Szczególnie po mocniejszym treningu dnia poprzedniego, jakim jest rower z Arturem. Takoż stało się i tego dnia. Nie udało mi się więc zrobić treningu biegowego rano. Na basenie byłem nawet wcześniej. Pierwsze 45 min pływaliśmy w płetwach i z pieluchą, a potem bez sprzętu. Wyszło tego jakieś 900m, z czego duża część w nogach. Pływanie w nogach w odróżnieniu od pływania na samych nogach jest łatwiejsze, bo w wodzie także występuje zjawisko draftingu i mimo, że wydaje Ci się, że płyniesz w czyimś odrzucie i spowalnia Cię to, to jednak opływająca zawodnika woda jest poruszana w dobrym kierunku i rekompensuje z nawiązką zwiększone opory w odrzucie. Po rozpływaniu mieliśmy kolejne 45 z kolarzami i poza zwykłym pływaniem nie mogło zabraknąć głupkowatych zadań, które co trening spływają na nas jak plagi egipskie. Tym razem pływaliśmy w parach jeden za drugim. Pierwszy był rękoma do kraula, drugi trzymał pierwszego za nogi i napędzał parę swoimi nogami. Ubaw po pachy, zwłaszcza że wziąłem spory oddech pod wodą, co nie należy do moich ulubionych czynności. Potem było śmieszniej - jedna osoba robiła ręce, a dwie nogi. Każdy trzymał delikwenta wiosłującego za przydziałową jedną nogę. Na koniec dostaliśmy fajne zadanie, czyli 400m w płetwach z wygrzebaniem się na rękach na krawędź basenu przy każdym nawrocie. Razem przez 1,5h zrobiliśmy koło 1900m.
Nieco znużony wróciłem do domu, zjadłem coś, odpocząłem pół godziny i przed północą poszedłem biegać tempówki (sic!). Ponownie 8x400m, bo w poprzednim tygodniu bieganie było w kratkę. Przy 3:55 min/km czołówka była wszędzie, tylko nie na moim czole. Najczęściej miałem ją na oczach. Mimo wszystko stadion z tartanem otwarty w nocy to coś wspaniałego. W tym miejscu chciałbym podziękować Towarzystwu Sportowemu Olimpia :)

Wtorek 10.1.2012

Dość mocny trening na rowerze stacjonarnym. Gdybym rzucił koszulką zdjętą po zajęciach mogło by się skończyć na poważnym naruszeniu konstrukcji budynku. Zapis treningu

Poniedziałek 9.1.2012

Witam państwa z naszego studia triathlonowego. Za chwilę rozegra się tutaj prawdziwa walka. Jest 6 rano. Jazgot. Zegarek wydaje z siebie straszliwe dźwięki. Zawodnik szybkim, wyćwiczonym ruchem ręki zamiast drzemki wyłącza całkowicie alarm. To wszystko na dzisiaj. Zapraszamy na kolejną relację z arcytrudnego treningu zawodników do ironmana.

Niedziela 8.1.2012

Niedziela 7 rano. Wszyscy smacznie śpią, tylko my spotykamy sie przed termami. Jest czad. Pierwszy raz w życiu większość z nas będzie pływała na 50 metrowym basenie. Sam obiekt robi niesamowite wrażenie. Rozpływanie, trochę techniki i w końcu dostajemy 300m kraulem. Na tym basenie to oznacza tylko 5 nawrotów. 300 pęka bez dużego zmęczenia. Pierwszy raz bez płetw i innych ułatwień. Cieszę się jak dzieciak. Półtora roku treningów z instruktorami, ciągła frustracja spowodowana brakiem widocznych postępów i w końcu coś zaczyna się ruszać. Naprawdę nie znam bardziej niewdzięcznej dyscypliny sportowej niż pływanie. Tylko tutaj przewaga techniki nad siłą jest tak miażdżąca.
Po basenie zakładka biegowa 3/4 kółka nad Maltą i z Baśką i Maciejem odrywamy się od grupy na dłuższe wybieganie. Prowadzę przez moje stare kąty. Przez las wąskimi ścieżkami, o których istnieniu wie niewielu. Jest świetnie. Kiedy dobiegamy do term licznik wskazuje ponad 14 km, które spokojnym tempem około granicy tlenowej pokonujemy w 1h40". Sprawdzamy jeszcze co kto pije po treningu (straszne świństwa), ja dzielę się gumisiami i wszyscy jadą w swoją stronę. W domu czeka kolejna miła niespodzianka - Justa kapusta w przepięknym stylu wygrywa Tour De Ski. Wracam do książek przechodząc koło moich smutnych nart biegowych. Kiedyś musi spaść ten cholerny śnieg.

Sobota 7.1.2012

Poranny pump. Strasznie się wstawało po wczorajszych imieninach Arlety. Na dodatek chcieli, żebym jeszcze został dłużej, więc jestem niewyspany i mam kilku nowych wrogów. Oliwia po raz kolejny zrobiła nam z dupy późną jesień średniowiecza. Skąd ta szczupła dziewczyna bierze tyle siły???

Piątek 6.1.2012

Dwa słowa do ojca prowadzącego. Rest day. No, ładnie nam się tu pan przedstawił przed milionami słuchaczy.

Czwartek 5.1.2012

Zrobiliśmy sobie z Radziem "misiowy czwartek" czyli 1,5 godziny pływania na Batorego. Nie wiem, czy to progres, ale postanowiłem kontynuować moje testy z pieluchą (pull buoy) i pocisnąłem kraulem cały kilometr bez zatrzymywania się. Jeśli pianka triathlonowa w podobnym stopniu poprawia wyporność nóg, to jestem w domu i z pływania wyjdę wypoczęty. Zapisałem się do konkursu na bieganie.pl Jak wygram to pojadę na tydzień przed Suszem do Austrii na Ironmana w Klagenfurcie ;D ROTFL
Co za niefart - odbiłem sobie piętę na piłkach. Z biegania nici przez kilka następnych dni. Poza tym sam trening dość mocny jak na relaks. Krzesło 45/15 z ćwiczeniem głębokich mięśni brzucha w podporze do pompek robi swoje.

Środa 4.1.2012

Bieganie. Nazwijmy je poranne, ale z rankiem niewiele to miało wspólnego z racji nadrabiania niedoborów snu. Zaczynam plan first od początku. Nie mogło zatem zabraknąć 8x400m po 3:45 min/km. Strasznie się zasapałem, bo część biegłem po 3:30 min/km. Na tartanie spotkałem Kaczego, który mnie nie poznał. Chyba za mało biegam z naszym klubem POZRUNIACY. Wieczorem 1,5 godziny na basenie z czego 15 min nóg. Po 20 metrach staję i mogę sobie kopać ile chcę i nadal się nie poruszam. Dziwne. Dużo płetw i pracy na pełnym wyciągnięciu, które mnie męczy. Adamowi jakiś fiut ukradł okularki, które zostawił na chwilę przy szafce.

Wtorek 3.1.2012

Dupa boli tylko nieznacznie mniej, natomiast samo odczucie jest takie, jakby siodełko zamieniło się w ślizgawkę. Koszulka jednak trochę za duża, więc będzie wymiana. Sam trening to nowość 3 podjazdy na progu z tempówkami na stojąco do progu beztlenowego. Nie było źle, mimo, że to podobno najcięższy trening do tej pory. Zapis treningu

Poniedziałek 2.1.2012

Basen 6:30 rano. Swój własny tor nie zdarza się co dzień. Fajnie i jakoś tak luźniej. po rozpływaniu i paru setkach pełnym paralitycznym stylem z tradycyjną przerwą na sapanie wkurzyłem się i poszedłem po pieluchę. Wepchnąłem ją między nogi i poprzysiągłem sobie nie ruszyć palcem u nogi. Okazało się, że 300m klaunem bez nóg, nie sprawia większych problemów. Na więcej nie starczyło czasu. Kolejne testy niebawem.
Wieczorkiem miało być spokojne wybieganie w tlenie nad Maltą, ale się spóźniłem i goniąc ekipę zrobiłem 2km po 4:30 min/km zanim ich dopadłem. Zobaczymy jak jutro będzie na rowerze. Nowe ciuchy czekają na test. Mam szczerą nadzieję, że dupa będzie mnie mniej bolała.

Niedziela 1.1.2012

18km po 5:46. Tak miało być i tak było. Bez piekącego długu tlenowego. Ze spokojnym tętnem. Bez fajerwerków, bólu i walki. Spokojnie. Przez błoto i kałuże. W padającym deszczu i przejmującym chłodzie. Chłodzie którego już nie czułem i deszczu, który mnie nie obchodził.

Sobota 31.12.2011

Mogę z całą stanowczością stwierdzić, że w sylwestra robię... triceps i klatę. Zabawnie jest patrzeć jak twoi trenerzy razem z tobą nie dają rady na aerobiku ze sztangami mając mniejsze obciążenie niż prowadząca dziewczyna. Załamałem się swoją siłą i śmiałem w głos kiedy kilkakrotnie musiałem odpocząć w środku serii zwykłych ćwiczeń. Jest jeszcze wiele do zrobienia. Przed zajęciami pobiegliśmy jeszcze pod 10km w bardzo spokojnym tempie średnio po 6:11. Jadę do dziadka, bo coś nam ostatnio mocno osłabł. Potem już tylko:

sylwester z 1

Piątek 30.12.2011

Dzisiaj dopadło mnie kilka przemyśleń. Pierwsze w łóżku o 6:15 rano kiedy walczyłem ze sobą, żeby wstać na kolejny trening pływacki. Triathlon to sport dla ludzi nie o żelaznych mięśniach. To dyscyplina dla ludzi o żelaznej woli. Woli codziennej walki z normalnym ludzkim lenistwem. Prawdziwa siła, to nie mocny finisz na granicy swoich możliwości, tylko wstawanie o świcie przez rok. Dzień w dzień, żeby zdążyć zrobić trening przed pracą i żeby można ją było na tyle wcześnie skończyć, żeby zdążyć na wieczorny. Kolejne przemyślenie jest takie, że nadal pływam kraulem jak paralitą i nadal szybko się nim męczę. To popchnęło mnie do przeprowadzenia małego testu. Popłynąłem 200m klasykiem na sporym luzie i wyszło 4:15 to oznacza, że utrzymując to tempo 1900m mógłbym zrobić w 50 minut. To świetny wynik, zwłaszcza, że z wody wyszedłbym dość wypoczęty. No i po co mam się tak męczyć i topić trenując tego cholernego kraula??? Po basenie szybka zmiana ciuchów i na bieganie. Tylko 5km ale z przepisowego 4:55 min/km wyszło 4:36 min/km z mozolnym rozkręcaniem się i ostatnim kilometrze jak na turbodoładowaniu po 4:00 min/km. Jest moc.

Czwartek 29.12.2011

Rest day. Mogłem w spokoju dokończyć Paradyzję Zajdla, a potem pomęczyć białą gorączkę Hugo-Badera. Wieczorem piłki. Było jak zwykle całkiem zabawnie, chociaż nigdy jeszcze nie dostałem tyle razy na zajęciach piłką w twarz. Na koniec treningu wróciło krzesełko. Ciężko było, mimo, że tylko 3x45/15sek. Mięśnie szybko się rozleniwiają. Mamy też nowego członka klanu - Anię. Zaczynam się też bać treningu ze sztangami, wszyscy zgodnie twierdzą, że to wyższy stopień cierpienia.

Środa 28.12.2011

Tempówki 1600m są jedną z tych rzeczy, które zadziwiająco łatwo ulegają mitologizacji. Nic dziwnego. Dzisiaj poszło pierwsze 3x1600m w tym okresie przygotowawczym. Zło. Czyste zło. Dzisiaj stwierdziłem też, że pracuję jak koń, a fałda trzyma się doskonale. Nie dostała nawet lekkiej czkawki i nadal dumnie zalega na brzuchu. Muszę trochę regularniej jeść i używać szerszej gamy produktów.
Ale wracając do treningu. Dzisiaj wieczorem najpierw krótki sparing z panem na recepcji, który nie chciał nas wpuścić na basen, bo on ma tak w grafiku i koniec. Apteka. Potem 40 min pływania dziwnych kombinacji klasyko-kraulem i pełnym stylem. Wreszcie chłopaki weszli do wody i trochę nas poustawiali, ale nadal czuję, że muszę sporo popracować nad luzem przy wyleżeniu i wyciągnięciu i pociągnięciu. Cały czas się spinam i marnuję tak mnóstwo energii. Zamiast pływać cały czas jeszcze walczę. Potem doszli nasi rowerowcy, trochę się rozpływaliśmy razem, zrobiliśmy parę ćwiczeń na nogi, po czym zostaliśmy podzieleni na 2 grupy po 5 osób i zaczęliśmy mecz piłki wodnej. Ubaw po pachy, tylko strasznie to męczące. Dzięki naszemu super zgraniu, doskonałemu bramkarzowi oraz świetnym podaniom, które pozwoliły nam strzelić kilka bramek odnieśliśmy historyczne zwycięstwo. Zgonu po grze nie da się porównać z niczym.

Wtorek 27.12.2011

Padł pomysł, żeby kopnąć się z Radkiem na basen. Pomysł wypadł pomyślnie :) 2h basenu. Rozpływanie i 1000 m setkami kraula z przerwami na sapanie, potem jeszcze 100 i 200 w płetwach na wyleżenie i ułożenie, rozpływanie, a na deser masaż biczami wodnymi i parę zjazdów w rurze. Wieczorem spinning. Artur jak się okazało ma popsute plecy ale trening był poprowadzony bezbłędnie. Plan ten sam co tydzień wcześniej, tylko tym razem na podjeździe tętno było już na progu, a przy jeździe na stojąco do 10 bpm nad progiem. Widać progres - w życiu nie zrobiłem takiej plamy pod rowerem ;) Zapis treningu

Poniedziałek 26.12.2011

11 km tempa po 5:10. Tak było do 7 km, kiedy to podbiegł do mnie niejaki Rajmund, którego pierwszy raz widziałem na oczy i zapytał się ile teraz biegniemy, że było z górki, to było w granicach 4:45. Tak się zagadaliśmy, że momentami lecieliśmy po 4:36. Całość wyszła po 4:58. Przypomina mi się opowieść Jarka o pływaniu, kiedy po treningu miał iść do domu, a zostawał i dalej trenował, co przyuważył jego trener. "Następnym razem przyczep sobie jeszcze wiaderko".

Niedziela 25.12.2011

Rower. Miało być 3 godziny w tlenie z cyklistami z akademii, ale pół godziny przed wyjściem zacząłem coś przeczuwać. Po krótkim dochodzeniu wszystko stało się jasne. Ciuchy z wczoraj jednak same się nie wyprały. Leżały solidnie przepocone w pralce, tak jak je wsadziłem. Kanalie wystarczyło, żeby wlały trochę proszku w płynie i nastawiły się na mój ulubiony program w pralce, czyli "super krótki", a potem się rozwiesiły. Ale nie. Wszystko człowiek musi sam robić. Trzeba było mi zatem poczekać, aż wszystko odzyska swój zapach i kolor i wyschnie. To pozwoliło mi zrezygnować ze wspólnego wyjazdu z ekipą i trochę jeszcze odespać ostatni tydzień. Wyjechałem dość późno i wiedziałem, że będę wracał o zmroku. Deptałem jak panienka, bo prikaz był jechać cały trening w przedziale w którym Twój organizm korzysta tylko i wyłącznie z przemian tlenowych. Na kilku podjazdach zrobiłem sobie jednak wolne od tej reguły, bo zakręcił bym się w miejscu na amen. Kiedy już miałem wracać postanowiłem wybrać trasę alternatywną i trafiłem w miejsce z którego musiałem jechać w przeciwną stronę niż zamierzałem. Dwie naczelne zasady: facet nie pyta się o drogę i nigdy się nie cofa. Tak wylądowałem w Puszczykowie. Wiedziałem jak wrócić na mój pierwotny szlak, ale z 3 godzinnym treningiem zdołałem się już pożegnać. Noc nastała w połowie powrotu. Dobra wiadomość była taka, że nie musiałem już jechać po ulicy bez świateł. Zła była taka, że musiałem jeszcze przejechać przez bagna, bo nie miałem już ochoty na kolejne trasy alternatywne. Doczłapałem się do domu po 4 godzinach orki. Dobra koniec tego pisania. Pora na 2 obiad. Zasłużyłem sobie.

Sobota 24.12.2011

15 km spokojnie - średnio po 5:35. Ciężko jest tak wytrzymać, kiedy nogi same się wyrywają, ale długie wybiegania to nie zabawa - przesadzisz z tempem to pod koniec będziesz stawiać nogi jak popadnie i łatwo wtedy zrobić sobie krzywdę. Przyjemne uczucie przyspieszać na ostatnich 500m mając wszystko pod kontrolą.

Piątek 23.12.2011

Basen, rozpływanie na totalnym luzie i seria pięćdziesiątek na pełnym wyciągnięciu z nawrotami koziołkowymi plus 2 setki dość luźno i 200 wyleżenia w płetwach bez rąk. Potem pojechałem kupić choinkę i wróciłem z 4 metrowym drzewem. Muszę się przyznać, że zrobiłem to trochę dla jaj. Co prawda umówiliśmy się, że ma być duża, tyle że tę będziemy musieli chyba zawiesić w poziomie żeby weszła do salonu. Ale to już nie mój problem. Ja miałem tylko kupić i dostarczyć ;)

Czwartek 22.12.2011

Piłki. Dużo koordynacji i orientacji i refleksu. Jeśli myślisz, że jesteś mistrzem koordynacji ruchowej to mam dla Ciebie ćwiczenie. Jest banalnie proste. Potrzebujesz tylko 4 piłek. 2 do tenisa i 2 do koszykówki. Stawiasz pół metra przed sobą piłkę do kosza i tenisową (każda na wprost jednej z nóg). W dłonie bierzesz pozostałe piłki, odwrotnie do ułożenia piłek przed tobą. Teraz wyciągasz jedną nogę przed siebie i opierasz spód swojej stopy o jedną z piłek. Następnie zaczynasz podskakiwać zmieniając dotykającą nogę (każda noga dotyka swojej piłki). Ruch powinien być płynny - to znaczy dotknięcie powinno trwać tyko ułamek sekundy, a piłki powinny pozostawać w miejscu. Samo dotykanie piłek, tak aby pozostały po zdjęciu stopy na miejscu jest dość trudne. Nie ułatwia tego fakt, że każda ze stóp ma do czynienia z piłką diametralnie innego rozmiaru, przez co móżdżek zaczyna pracować na wysokich obrotach. Jednak prawdziwa zabawa zaczyna się, gdy wykonując taki step dołączysz kozłowanie po bokach dwóch różnych wielkościowo piłek. To jedno z ćwiczeń używanych przy szkoleniu pilotów myśliwców. Tak samo jak ta prosta GRA

Środa 21.12.2011

18:55. Ktoś dzwoni. Odbieram. Jak możesz, to wpadnij godzinę wcześniej na basen. Ty to potrafisz namówić.
1,5 godziny później, czyli pewnie coś koło 2 km jestem dobrze rozmoczony i z uśmiechem na ustach mogę jechać coś zjeść i wyspać się choć trochę.

Wtorek 20.12.2011

Żelbeton w łydach trochę odpuścił. Spóźnienie na rower mnie nie uratowało. Ostry trening w terenie, węzły żeglarskie i wąchanie soxów. Skrócona rozgrzewka. Pół godziny podjazdu non stop. 8 minut mocno, tuż pod progiem, po czym 2 minuty ostrej orki na stojąco na jeszcze większym obciążeniu w strefie beztlenowej i tak 3 razy. Potem parę minut spokoju i... jakże by inaczej - kadencja 120 na obciążeniu nad progiem przez 4 niezapomniane minuty. Wszystko w trzech cudownych seriach. Zapis treningu

Poniedziałek 19.12.2011

Spóźnienie na pływalnie. Dramat ze wstawianiem po wyjeździe. Wyznaczona kara - 100% techniki. Może wyjdzie na dobre, bo skupiłem się na rękach i płynności ruchu. Koniecznie muszę załatwić sobie przeprost w stawie skokowym. Tylko jak? Nigdzie nie mogę znaleźć ćwiczeń rozciągających staw skokowy.
Wieczorem kontynuacja - ubijanie kolan na pozbruku i asfalcie. 7km prawie w przedziale tlenowym nad Maltą. Po treningu betonowe łydy.

Niedziela 18.12.2011

20 km na biegówkach w Jakuszycach. Super dzień. Najlepsza nazwa trasy: "Bez łaski".

Sobota 17.12.2011

Rest day. Notabene strasznie męczący.

Piątek 16.12.2011

Czasem myślę sobie, że jestem trochę nienormalny. 9:15, a ja jestem już po basenie i bieganiu. Na basenie troszkę techniki, a potem ileś tam x 200 w płetwach kraulem i skończył się czas. W lesie było 2 kilo rozgrzewki mającej przekonać mnie o celowości ruszania kończynami. Udało się, ale nie był to proces łatwy. Potem już tylko 8km po 4:56 i mogłem spokojnie iść pod 3 prysznic.

Czwartek 15.12.2011

Piłki. Jak zwykle plaża, klapeczki wygodne dmuchane siedziska, fajne dziewczyny i tym podobne. Trochę wysiłku i dużo zabawy.

Środa 14.12.2011

Tempówki 4x1200m. Spokojnie, po 4:20. Tym razem trzymałem smycz mocno i nie pozwalałem sobie na szaleństwa. Skupiłem się za to na technice biegu. Zaczynam się już przyzwyczajać do nowego stylu. Kolana są nim zachwycone.
Katorga miała się jednak dopiero zacząć. Basen okazał się wyjątkowo wymagający. Na dzień dobry dostaliśmy 100m na samych nogach. Z moją ruchomością stawu skokowego oznaczało to wyrok. Potem jakieś 400m stylu zmiennego i o ile w płetwach to się da popłynąć, to pierwsze 200m połączone z wariacjami dokładankowymi i deskowymi bez płetw były wyzwaniem. Mój delfin w płetwach to nieporozumienie. Bez płetw to walka o życie. Potem było już tylko zabawniej - kraul w parach z trzymaniem się za rękę i pływanie z mydłem na czole. Po treningu miałem problemy z trafieniem w łóżko.

Wtorek 13.12.2011

Pierwszy dzień nowego treningu. Właśnie zaczęliśmy podstawę. Dzisiaj rower. 1,5 godziny ale już z podjazdami. Nie było tak źle. Zaczyna się wychodzenie w strefę beztlenową. Kolano wytrzymało, ale przy kadencji w okolicy 120 zacząłem się zastanawiać, czy nie będzie z nim problemu. Kadencja 120 obrotów na minutę, to kolejna po delfinie rzecz, którą można straszyć dzieci:
- Alcest wracaj do stołu i dokończ zupę!
- Ale tato, ona jest niedobra.
- Cholerny smarkacz. Masz zjeść zupę do końca! Inaczej kadencja 120!
- Tato, błagam nie! Zjem cały garnek, tylko nie kadencja 120.
Zapis treningu

Poniedziałek 12.12.2011

Jest! 1300 z techniką w 45 minut. Wreszcie nie zaspałem i się wyrobiłem. Goście z Olimpii śmigają szybciej z dużymi łapami niż ja w małych płetwach. Szacun. Tyle, że oni ćwiczą do sprintu, a tam najważniejsze to wyjść z wody w pierwszej grupie. Tam drafting jest dozwolony, a jak wiadomo jazda na kole jest dużo łatwiejsza. Pewnie dlatego mają 10 godzin pływania tygodniowo. Zgroza i rozmoczenie. Na Olimpii jest tyle chloru w wodzie, że można w niej preparować okazy biologiczne.

Niedziela 11.12.2011

Leniwa niedziela. Poranny, niedzielny basen jak zwykle na luzie i bardzo techniczny. Basen opustoszały i nie ma takiego wyścigu szczurów. Można się spokojnie skupić na własnych ruchach. Dzisiaj po raz pierwszy trenowaliśmy kraula z zaciśniętymi pięściami. Czytałem o tym wcześniej i faktycznie, kiedy już możesz używać otwartych dłoni czujesz się jakby były wielkości łopat. Bieganie odpuściłem, klasykiem też prawie nie pływałem, żeby nie przeciążać kolana. Wreszcie sprawiłem sobie płetwy basenowe. Są turkusowe. Tata twierdzi, że ten kolor, to nic strasznego. Daltonizm ma jednak swoje uroki. Połowa moich treningów w wodzie jest na Olimpii, a tam nie ma możliwości wypożyczenia sprzętu ery kosmicznej, jakimi są gumowe płetwy.

Sobota 10.12.2011

To nie był dobry dzień. Najpierw parkingówka przy sklepie z zaklinowaną nogą. Potem poślizg na liściach przy szybkim zjeździe. Gdybym nie odzyskał przyczepności drzewo urwałoby mi głowę. Później prawie czołówka z innym bikerem i na deser walnęło mi lewe kolano. 53 km w niecałe 3 godziny 145-160 bpm. Mam nadzieję, że z tą nogą to nic poważnego.

Piątek 9.12.2011

Zapamiętać - basen na 6:30, to basen na 6:30, a nie na 6:40. Gdyby nie moje skłonności do drzemki z uśpionym alarmem przy głowie zrobiłbym całe 1200, a tak 50m rozpływania poszło się grzmocić. Dobrze, że całe 8x100 udało się wykonać. Przekombinowałem coś z nawrotem koziołkowym. Było już dobrze, a teraz zacząłem lądować z jedną nogą na ścianie. Może za szybko się otwieram. Będę musiał poeksperymentować. To wszystko na dziś dzieci. Jutro zamienię się w szalonego cyklistę. Tylko gdzie tu jechać??? Coś się wymyśli.

Czwartek 8.12.2011

Wzburzone fale smaganej wiatrem Rusałki tłukły wściekle o brzeg. Ponura toń kotłowała się wlewając niemal na ścieżkę. Podmuchy zimnego wiatru wyrywały płaty żółtej piany i rozsmarowywały ją na utwardzonym trakcie. Posępnego klimatu dopełniały sine chmury. Co chwilę powietrze przecinały wielkie krople. Zupełnie jakby niebo nie mogło się jeszcze zdecydować na bombardowanie tonami niesionej wody.
Biegł. Przystanął na chwilę, by przyjrzeć się widowisku. Podmuch zachodniego wiatru uderzył go w twarz. Zachodni wiatr był dobry. Świeże powietrze znad lasów i pól wdzierało się do miasta. Nabrał go w płuca. Wielka kropla trafiła go prosto w oko. Oho - skwitował wycierając ją i tak mokrą już od kropli na lakierze samochodu rękawiczką - pięknie się zaczyna. Odwrócił się, sapnął na myśl o czekających go jeszcze atrakcjach i pobiegł dalej. Po pięciu kilometrach zatrzymał się nagle, przez chwilę grzebał coś przy nadgarstku, po czym zmęczony ale zadowolony zniknął w betonowym tunelu.
Wieczorny trening równowagi i koordynacji był nieco inny. Najlepszy był spacer po brzuchach ludzi stojących w podporze tyłem. Widok 80-kilogramowego gościa przechodzącego po brzuchu filigranowej dziewczyny robiącej mostek robi wrażenie. Nie było krzesełka pod ścianą na koniec. Poznaliśmy za to całkiem nowy wymiar bólu - stanie w podporze na jednej ręce. Pyszne.

Środa 7.12.2011

Laba. Tylko wieczorny basen. 1200 m zrobione głównie w płetwach. Technika, pływanie w nogach i mój ulubiony delfin. Styl wymyślony do zatapiania ludzi. Stworzony przez najwybitniejszych ekspertów z katedry sadyzmu i podtapiania. Aż dziw, że będąc dzieckiem nikt nie straszył mnie, że jak nie zjem obiadu, to będę musiał zrobić setkę delfinem. Myślę, że moja waga mogłaby teraz oscylować w okolicach 140 kilogramów.

Wtorek 6.12.2011

Chyba zaczynam się robić sentymentalny. Pierwsze tempówki 8x400m odbyły się w pięknej scenerii. Nisko świecące, poranne słońce rzucające cienie na skrzący się, mokry od nocnego deszczu tartan. Według testu biegowego powinienem to zrobić po 3:55 min/km. Chciałem to zrobić luźniej - po 4:05 min/km, a wyszło jak zwykle, czyli 3:50 min/km, a czasem jeszcze szybciej.
Wieczorny trening rowerowy całkiem przyjemny poza podjazdami na stojąco na wysokiej kadencji. Zdaje się, że robię coś nie tak. Na niskiej kadencji jestem w stanie jechać z trzykrotnie większym obciążeniem niż na siedząco i się nie męczyć. W momencie kiedy musimy utrzymać większą kadencję na stojąco obciążenie zmniejszam do minimum dla podjazdu, a i tak puls strzela w kosmos i pot zalewa oczy. Jedyny plus, że dupsko już mniej boli ;) Zapis treningu

Poniedziałek 5.12.2011

Poranny basen. Trening legł w gruzach. Musiałem czekać na spóźnialskich przedstawicieli fauny rejonów arktycznych. Z 1300 metrów do przepłynięcia zostało ledwie 750. Na wieczornych obwodach siłowych Artur wpadł na genialny pomysł. zaczął nas dopingować Robertowo Burneikowo. Przy pierwszym okrzyku straszliwa śmierć zawodnika przygniecionego sztangą w pozycji kucznej była blisko. Sam prawie skręciłem nadgarstek spadając z piłki przy robieniu pompek. Nie ma lipy.

Niedziela 4.12.2011

Rower mnie dobił. Znów słabo się wstawało na poranny basen. Jadąc byłem święcie przekonany, że utonę w połowie pierwszych 25 metrów. Na szczęście całą godzinę robiliśmy technikę. Potem zakładka biegowa. Jak zwykle były jaja, tym większe, że cała instruktorka się nam pochorowała. Wstępnie umówiliśmy się na półmaraton w Pradze na wiosnę. Niby Poznań w tym samym czasie, ale jednak oferta izotoników chmielowych szersza u Husytów.

Sobota 3.12.2011

Rower po generalnym remoncie. Trzy dni stał w kącie. Niestety przednia dętka nie wytrzymała stresu. Odeszła po cichu. Dobrze, że sklep rowerowy był otwarty, bo inaczej trening robiłbym na monocyklu. Piękny dzień. 3 godziny w siodle. Praca serca 155-170 i kadencja 90-120. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie stan nawierzchni naszych polskich dróg. Obolałe nadgarstki i poczucie, że wibracje zaraz oddzielą mięso od kości. Na szybszych zjazdach trzęsło tak bardzo, że zapewne modliłbym się, żeby mi się w tamtej chwili rower nie rozpadł na kawałki. Ciężko jednak skupić się na modlitwie, kiedy siodełko obija ci jajca.

Piątek 2.12.2011

Poranny basen. 6 rano. budzik. Po 4 godzinach snu. To jakiś żart. Jednak nie. Ruszam schaba. Chłopaki z Olimpii komentują, że 500 miejsc na mistrzostwa polski w triathlonie skończyło się w 15 dni.
Niestety plan nie został zrealizowany. Przewiosłowałem tylko kilometr, a miało być 1300. Kajfasz mówi, że i tak powinienem się cieszyć, bo do niedawna kraulem pływałem szybciej do tyłu niż do przodu. Teraz jeszcze trzeba iść pobiegać. Miały być tempówki, ale po ciemku jakoś nie mam na nie ochoty po ostatnim lekkim skręceniu nogi.
Bieganie poszło gładko - spokojne 8km na progu beztlenowym z rozbieganiem. Na dzisiaj koniec.

Listopad 2011

Od kilku lat nosiłem się z zamiarem zrobienia sobie prezentu na 30 urodziny. Ten prezent to 3,8 km wpław, 190 km na rowerze i 42,185 km biegiem. Mój trening triathlonowy zaczyna się wczesnym listopadem 2011. Nie oznacza to, że nie miałem wcześniej styczności ze sportami wytrzymałościowymi. Mój dotychczasowy dorobek to 4 maratony (Personal Best 3h 27min), 2 półmaratony (PB 1h 36min), oraz kilka 10km (PB 41min 54 sek) oraz rok nauki kraula z Elą Krakowiak. Rower widziałem 4 lata temu w piwnicy :)
Sam pomysł dziennika treningowego dochodzi do skutku dopiero po miesiącu treningu. Jedynymi zapisami z tego okresu pozostaje dokumentacja wtorkowych zmagań w Red Fitness:
trening rowerowy 8 listopada
trening rowerowy 22 listopada
trening rowerowy 29 listopada

Strona zgodna z xhtml 1.0 strict i CSS
XHTML 1.0 valid CSS valid get firefox!